Zakładki:
Beautifulshayna
Blog Ally Lazarevy
Blog Miłosza J. Zielińskiego
Edukacja przyszłości
Http://www.solonin.org/
WhiteAfrican
|
środa, 07 marca 2012
Proste lekarstwo - lektura
Pomimo różnych kampanii czytelniczych w wielu środowiskach czytanie nie jest trendy. W dużych miastach, miastach uniwersyteckich, widok kogoś z książką w autobusie nikogo nie dziwi. W małych miejscowościach osoba z książką to zwykły frajer.
Łatwo jest mówić o czytelnictwie i o książkach w środowiskach, które czytają. Jeśli książka jest nieodłącznym towarzyszem rodziców, oczywiste jest, że dzieci w naturalny sposób po nią będą sięgać. I oczywiste jest, że ten zupełnie zwyczajny sposób spędzania wolnego czasu, zaowocuje w przyszłości nie tylko lepszymi wynikami w nauce, ale też postawą życiową.
Coraz częściej słyszy się o braku szacunku wśród młodzieży i za wychowanie wciąż się kogoś oskarża. Szukanie winnych to zawsze najprostszy sposób odwrócenia uwagi od problemu. Brak szacunku to jedna rzecz, ale wybory, jakich młodzież musi dokonywać w okresie dojrzewania, a także w przyszłym życiu dorosłym, to coś bardzo ważnego. W świecie zagubionych wartości, gdzie wszystko jest relatywne i nie ma cienkich granic, dokonywanie mądrych wyborów, to bardzo trudna rzecz. Powszechny kult pieniądza jakkolwiek może zapewnić władzę i ugruntować pozycję społeczną, nie może przynieść ani szczęścia, ani miłości. Wielu rodziców zagubionych w tym świecie nie zawsze ma czas na przekazanie pewnych prawd życiowych. Nie zawsze też ma czas na czytanie i dawanie w tej materii dobrego przykładu. Pewne postawy życiowe prowadzą do destrukcji nie tylko rodziców, nie tylko dzieci, ale przecież także całych społeczności.
Książka to wciąż rzecz dla wąskich grup, dla intelektualistów, a przecież to tania forma spędzania wolnego czasu, pozwalająca wyciszyć się, wsłuchać się w siebie, przemyśleć pewne problemy, nauczyć dokonywać dobrych wyborów, zrozumieć, że inni też mają takie same problemy, poszerzyć horyzonty, nauczyć nazywać emocje, z opanowaniem których wiele osób ma trudności.
W społecznościach zagrożonych wykluczeniem społecznym książka nie pojawia się niemal w ogóle. Książka nie jest potrzebna do przeżycia, nie jest potrzebna do zdobycia pieniędzy. Nie jest, ale jest potrzebna do tego, by stać się mądrym człowiekiem (nie przeintelektualizowanym, ale po prostu mądrym), by odnaleźć światełko w tym trudnym świecie.
Dawniej religia pozwalała na utrzymanie ładu społecznego. Dziś autorytet kościoła nie jest już w stanie czuwać nad porządkiem społecznym, ale w zamian nie dostarcza się żadnych wzorców postępowań. Są granice ludzkiego postępowania i niezależnie od postawy reprezentowanej przez jednostkę pewnych reguł nie powinno się przekraczać. Wolność jest dla mądrych ludzi. Jeśli ktoś myśli, że może wszystko w życiu, łatwo straci wolność osobistą.
Czytanie to najprostsza terapia dla całych zagrożonych wykluczeniem społeczności. Żal bierze, gdy patrzę na bezrobotnych mężczyzn, pijących pod sklepami i nastolatków, dorastających w bramach. Brak harmonii w nich samych i brak warunków nie pozwala spokojnie siąść nad książką, choć to najprostsze lekarstwo. Wiadomo książka sama w sobie problemów nie rozwiąże. Człowiek musi zrobić to sam, ale pozwoli otworzyć szeroko oczy i zobaczyć to, co wcześniej było niewidzialne.
wtorek, 28 lutego 2012
Dobroczynność to przywilej bogów
Bycie politykiem to niewdzięczna rola. Polityka od razu podejrzewa się o różne związki, o chciwość i pazerność, itd. Marzenia o zostaniu politykiem lepiej zamienić na medycynę, projektowanie i inne zawody. Albo zostać ... dobroczyńcą. Jak sama nazwa wskazuje dobroczyńca czyni dobro wokół, więc jak takiej osoby nie lubić, nie cenić, nie wspierać. Dobroczyńca poświęca swoje życie ludziom. Mógłby przecież myśleć o sobie, mógłby leżeć do góry brzuchem, ale nie. W pocie czoła walczy o szczęście innych. Postawa godna podziwu. Gdy inni napychają kieszenie, dobroczyńca nigdy przenigdy nie weźmie za swoją pracę pieniędzy, bo tu nie o pieniądze chodzi, ale o świetlaną przyszłość ludzkości. I gdy on tak ciężko pracuje, inni oczywiście się lenią. Za darmo pracować nie chcą, sponsorzy nic nie rozumieją i pieniędzy dawać nie chcą. I taki darczyńca z samymi problemami się boryka. Ale jak przystało na przodownika pracy nie poddaje się, bo dobro ogółu jest ważniejsze.
Z retoryką polityka można polemizować, można krytykować, można się oburzyć i wszyscy do tego przywykli, ale z retoryką dobroczyńcy nikt nie polemizuje. Nikt przecież nie chce wyjść na ignoranta, więc wszyscy gorliwie przytakują. Komu na sercu dobro człowieka nie leży? Leży, więc wszyscy chylą czoła przed pracą dobroczyńcy, który tak się dla idei poświęca, pieniędzy żadnych nie bierze. Taka osoba urasta do rangi olimpijskiego boga, przed którym wstyd czują zwykli śmiertelnicy.
Dobroczynność to przywilej bogów - sytych i czystych. Oni obdarzają łaską nieudaczników, ułomną część społeczeństwa, której nigdy nie poznali i nie zrozumieli. To oni są przodownikami ludzkości - ciemnej i brudnej. Jedna podarowana rękawiczka, to temat rozmów przy olimpijskim stole. Stół ugina się pod ciężarem smakołyków, bo trzeba się najeść, by rozważyć, jak podarować kanapkę głodnemu dziecku. To "jak" jest kluczowe. Nie wystarczy zwykły sposób. Trzeba to zrobić spektakularnie, na oczach świata, by świat widział, jacy bogowie są doskonali i wspaniałomyślni. Przy stole i obelg nie zabraknie dla tej ciemnej masy, która zakłóca spokój tym na górze, ale świat tych obelg nie usłyszy. Dla świata jest miód i sama słodycz. I ofiary spośród tej ciemnej, ludzkiej masy.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Kultura polska bez Wilna?
Dziś Wilno jest stolicą niepodległej Litwy i perełką państwa. Duże pieniądze zostały włożone w remont starówki, a przynajmniej głównych ulic, bo skręcając w boczne uliczki, wchodząc w podwórka kamienic widać, że wiele pozostało do zrobienia. Kościoły, które chętnie odwiedzają turyści, są już najczęściej odnowione, ale zawsze chętnie zachodzę do tych nieodnowionych, do tych, w których widać obdrapany tynk, dawne malowidła na ścianach przebijające przez farbę z prowizorycznymi ołtarzami (np. kościół bazylianów w Wilnie czy bernardynów w Kownie). Za parę lat te kościoły będą błyszczały i nikt już nie będzie miał naocznego dowodu smutnej historii.
Na budynkach państwowych powiewa flaga litewska, a przemierzając ulice, co kawałek widać wmurowane tablice z nazwiskami wybitnych postaci – Polaków, Żydów, Litwinów oraz innych nacji (także i ślady pobytu Tarasa Szewczenki). Dziś Wilno jest litewskie i tego nie powinno się negować, choć tak naprawdę należy ono do wszystkich i do nikogo i dzięki tej swojej internacjonalności, tym, którzy umieli pojąć jego fenomen, poszerzyło horyzonty i pozwoliło wyjść poza wąski krąg jednej kultury.
Z Wilnem oczywiście był związany Adam Mickiewicz, który przybył do miasta w 1815 roku, by w 1819 roku opuścić je na 3 lata z powodu wyjazdu do Kowna. Wrócił jeszcze do Wilna, by w 1824 roku opuścić je na zawsze. Słynny obrzęd dziadów obejrzał jednak nie w Wilnie, a na pograniczu litewsko- białoruskim, w Solecznikach, dziś zamieszkanych w 80 % przez Polaków. Ślady Mickiewicza w Wilnie można spotkać na każdym kroku: Cela Konrada (Aušros Vartų), Zaułek Literacki (Literatų), muzeum w zaułku bernardyńskim (Bernardinų skg.), pomnik Adama Mickiewicza przy Kościele św. Anny.
Wilno stało się też miastem młodości Juliusza Słowackiego, gdzie przybył po raz pierwszy w 1811 roku, choć na krótko, bo w 1814 roku po śmierci ojca, Juliusz wraz z matką wrócili do Krzemieńca, by ponownie przyjechać do Wilna w 3 lata później i zamieszkać na głównej ulicy miasta – Zamkowej.
Józef Ignacy Kraszewski poszedł śladem dwóch polskich wieszczów i do Wilna przybył w rok po opuszczeniu miasta przez Juliusza Słowackiego. W Wilnie nie próżnował – uczęszczał na wykłady, studiował języki obce, w tym hebrajski i arabski, ale znalazł też czas na rozrywkę. Kraszewski mieszkał przy ulicy Zamkowej 24 (Pilies), gdzie obecnie w ścianę domu wmurowano tablicę pamiątkowa. Wilno opuścił w 1833 roku. Litwie poświęcił trzy poematy pod jednym tytułem „Anafielas”, składające się z oddzielnych części: „Witolorauda”, „Mindows”, „Witoldowe boje”.
Po tragedii rodzinnej do Wilna przeniósł się Władysław Syrokomla (a właściwie Ludwik Kondratowicz) i jak sam wspomina na początku mieszkał w najgwarniejszym zakątku Wilna, w domu, który należał do teścia Moniuszki, z którym Syrokomlę łączyła długotrwała przyjaźń, a Moniuszko był autorem muzyki do kilku tekstów Syrokomli. W 1853 roku Syrokomla przeniósł się wraz z rodziną do wsi Borejkowszczyzna (15 km od Wilna), gdzie obecnie znajduje się małe muzeum przy bibliotece.
cdn.
wtorek, 21 lutego 2012
Wpis z kategorii nieliterackiej
Współczesna kultura polska na Litwie? Czemu nie! Odwiedzamy polskie szkoły na Wileńszczyźnie i pokazujemy, że literatura, a już zwłaszcza współczesna, wcale nie jest nudna. No i rzecz najważniejsza, że literaturą (lub z literaturą) można dobrze się bawić poprzez twórcze pisanie lub odgadywanie treści na podstawie wybranych cytatów.
Pod koniec tygodnia są Targi Książki w Wilnie. Przyjeżdża Ignacy Karpowicz i Paweł Huelle, więc warto żeby młodzi Polacy na Litwie wiedzieli o nich coś więcej. Tym bardziej, że ich książki zostały przetłumaczone na język litewski. Pisarze z pewnością będą mogli się trochę pośmiać, gdy przeczytają swoje rysopisy, jakie tworzą uczniowie. A uczniowie, którzy przyjdą na warsztaty twórczego pisania z autorami będą mogli poznać tajniki twórczości.
poniedziałek, 20 lutego 2012
Przywilej bycia wolnym
Demokracja równa się wolność? Pozornie tak. Będąc w USA, bądź co bądź symbolu demokracji, przekonałam się, że wolności tam jest mało i wolność jednostki kończy się tam, gdzie sięgają oczy drugiego człowieka. Śledczym jest drugi człowiek. Mówi się, że Komunizm ograniczał wolność. I owszem. Robił to jawne, z naiwną szczerością zaglądał w kąty każdego człowieka, więc się człowiek zbuntował. Ale Demokracja już taka naiwna nie jest. Demokracja współpracuje z Kapitalizmem i z matczyno-ojcowską troską tłumaczy obywatelom, że są wolni, że mogą mówić, co chcą, pisać co chcą, chodzić, gdzie chcą i robić, co chcą. Sielanka jednym słowem.
I już nie wszyscy muszą brać udział w pracach społecznych na rzecz ogółu. Teraz jedni mogą żyć w barakach, pić (w niektórych państwach w ramach opieki socjalnej - patrz pieniądze podatników) i właściwie byczyć się. Nie ma jak wolność! Niektórzy nie muszą uczestniczyć w pracach społecznych, teraz to się nazywa wolontariatem. Wolontariusze w szkołach, wolontariusze w Afryce, wolontariusze w muzeach, na uczelniach, w sklepach. Młodzi, chętni, pełni zapału przodownicy pracy w służbie ogółowi ludzkości. Pięknie i szlachetnie!
Ośmiogodzinny czas pracy? Ależ tak. Proszę bardzo. Wszystko zgodnie z kodeksem, ale kryzys mamy, cięcia w pracy, trzeba się wykazać, pilnować krzesełka, bo już łakomym wzrokiem łypią inni. Ba, może nawet da się jakiegoś wolontariusza zwerbować. Wolontariat to przywilej, praca zarobkowa to wstyd. No i rodzina to przeszkoda, bo dzieci chorują, bo zwolnienia, bo spóźnienia, bo nie można w pracy zostawać. No i przecież imprezy służbowe. Ważna rzecz, najważniejsza.
Demokracja z Kapitalizmem pokonali Komunizm, ale trochę nauk od niego wzięli i lepią nowego człowieka - człowieka kapitalistycznego - bez uczuć, bez rodziny, bez korzeni, za pracą się przemieszczającego, dla pieniądza się poświęcającego, ogłupionego reklamą, konsumpcyjnego i bezmyślnego. Witaj nowy człowieku!
Wolność w zniewolonym świecie to przywilej.
poniedziałek, 06 lutego 2012
Ile mądrości jest w zwyczajności
Same piątki w szkole, zawsze pierwsze miejsca, zwycięstwa w konkursach, pieniądze w portfelu, z dziesięć dyplomów i pustka w głowie. Staruszka bez zębów, z pogodnym spojrzeniem i milczącą zgodą na każdy kolejny dzień, a w sercu największa prawda o świecie i mądrość, która zastąpi wszystkie lata nieodbytych studiów.
Dzień za dniem, w pogoni za szczęściem i sławą. I coraz szybciej, bez tchu, do celu by dobiec lecz to nie cel, a fatamorgana. Oaza się zbliża i już nadzieja na słodki spoczynek, ale to nie oaza, to czyste złudzenie i biec znów trzeba i dalej, i szybciej. I już kierunek dawno zgubiony, i pragnienie wciąż pali i pali, coraz silniej i silniej, a wody wciąż brak, bo przecież kto jak nie Ja ten cel osiągnie. Więc gonić i gonić wciąż trzeba i trzeba, od mary do mary, od ziemi do nieba. Lecz nagle olśnienie, chwilowe, nic takiego, przecież to pustynia, ogromna, nieskończona, gdzie okiem nie sięgnąć piasek horyzont zalewa. Ale co za horyzontem? Tam musi być cel, więc znów się podrywa, znów biegnie i goni, i ... nic nie odkrywa.
A tu chałupka malutka i skromna, trzy grządki wokoło, pies radośnie szczeka. Tu nikt się nie spieszy, ba, nawet nikt nie zawita. Tam siedzi staruszka, nic się nie odzywa. Może smutna, nieszczęśliwa? W samotności ostatnie dni spędza? Spokój i ciszę, śpiew jej przerywa, śpiew dobry, radosny i pies przy niej siada, ogonem merdając, i ptaki wokoło wtórują jej śpiewem, kogut co jakiś czas pianiem przerywa. Noc się powoli do domu przybliża, słońce dobranoc mówi staruszce, więc ona spokojnie podnosi się z ławki i kroczek za kroczkiem, do domu się zbliża. I ptaki do snu się skłaniają, i pies. I cisza okrywa ciepłą pierzyną ten mały, samotny domek. A jutro? Jutro znów słońce zapuka do drzwi, kogut pobudkę oznajmi. I tak aż po dzień ostatni.
Dłonie gładziutkie, twarz wypolerowana, przebranie skrojone na miarę. Laleczka z zaprogramowaną melodyjką stoi na półce i nikt po nią nie sięga. Tam kukła, zrobiona przez babcię, oczy zrobione z guzików, wypchana szmatami - najlepsza zabawka z dzieciństwa.
Śladami Czesława Miłosza
Wpadło w moje ręce grube tomisko o Czesławie Miłoszu. Może bardziej na czasie byłoby czytać teraz o Wisławie Szymborskiej, ale przecież biografia Czesława Miłosza Andrzeja Franaszka to wciąż nowy nabytek na rynku księgarskim. Symbolicznie ta książka znalazła się w moich rękach nie gdzie indziej, a właśnie w Wilnie, gdzie przecież w życiu poety wszystko się właściwie zaczęło, a na pewno to miasto ukształtowało jego świadomość intelektualisty. I z tym większym namaszczeniem wzięłam książkę do ręki, bo przecież została napisana przez człowieka, związanego z Krakowem, związanym z chlubnym Wydziałem Polonistyki, który dane było mi poznać.
Pierwsze trzy strony przeczytałam na próbę i od razu poczułam, że przenoszę się w czasie, a obrazy i ludzie zaczynają żyć. I widzę matkę – Weronikę, i ich wędrówki za ojcem, i Szetejnie. Autor sprawnie wplata w tekst fragmenty poezji, zachęcając tym samym do analizy, do poszukiwań. Ile w tej poezji jest autobiograficznych wątków, a ile fikcji literackiej, którą posługiwać się nie powinno?
Jak dobrze rozumie się atmosferę Wilna Miłosza, będąc we współczesnym Wilnie. I choć Żydów już tu prawie nie ma, co na zawsze zamknęło piękną stronicę historii tego miasta, i choć ulice noszą już inne nazwy, a szkoła, którą ukończył Miłosz przeszła różne transformacje i dziś w wyniku połączenia z dwoma innymi szkołami, nosi imię Joachima Lelewela, to przecież wciąż chodzi się tymi samymi ulicami, a każde zdanie książki można na nowo odkrywać w miejscu, którego dotyczy. Żywa narracja wciąga w lekturę i sprawia, że strona za stroną idziemy za bohaterami, śledząc koleje losu Czesława Miłosza, jakże barwne koleje, których on sam przewidzieć nie mógł, mimo marzeń i snów. Może tylko jeden Oskar Miłosz coś przeczuwał.
Różne budził uczucia w różnych ludziach Czesław Miłosz. Jego biografia pomaga zrozumieć wybory, których dokonał i ten wielokulturowy świat, który go ukształtował na całe życie. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoją drogę, a Miłosz szedł za głosem własnego serca, którego nikt inny nie mógł słyszeć i rozumieć. Widać słuchał dobrze, bo doszedł tam, gdzie mu było przeznaczone. I spełnił marzenia z młodości.
niedziela, 29 stycznia 2012
Droga na szczyt...
Drabina była długa, do szczytu daleko, ale ze szczytu można zajaśnieć niczym słońce, bo i do słońca niedaleko, a promienie zawsze najpierw ogrzeją tego na górze. Im niższy szczebel, tym chłodniej i cień coraz większy. Więc szedł po drabinie. Łatwo nie było. Niektóre szczeble wybrakowane, ścieżki przetarte, czasem ciasno, bo przecież takich jak on nie mało na świecie. Każdy by chciał poczuć trochę więcej ciepła, ale tych innych nie widać, bo szczyt daleko, a wszystkie spragnione oczy w ten jedyny cel skierowane. Tu przypadkiem jakiś spadnie, przez drugiego popchnięty, nogi, ręce połamie, zajęczy, ale to już na dole, więc nie słychać, nieważne. I już się dla Niego trochę miejsca zwalnia, już trochę luźniej, odetchnąć można spokojniej, z ulgą. Każdy krok przybliża do celu. Im mniej Innych po drodze, tym lepiej cel widać, nie zasłaniają.
Ale przecież tam górze też walka, też wszyscy się wspinają, czołgają, docierają i też czasem spadają. A jak z góry ktoś spada, to i tych z dołu w dół może pociągnąć, w bezdenną przepaść, choć w tej przepaści zawsze jakieś koła ratunkowe czekają, jakieś miękkie poduszki. Ale jak słońce się zobaczyło, to jak w cieniu żyć, jak cieniem być? Więc jak spadają ci z góry, to trzeba się trzymać. Trzeba się trzymać z całych sił swojego szczebla i nie puszczać, choćby nie wiem co. Jak lawina przejdzie, to luźniej będzie na górze, znów zwolnią się jakieś szczeble, znów będzie można się wspiąć i czekać, i iść.
Już coraz bliżej. Największa walka będzie tam, przy szczycie. Tylko najmocniejsi, najwytrwalsi tam dochodzą. Nie będzie łatwo, ale nie można się poddać. Tyle się przeszło. Tyle lęków przed upadkiem pokonało. I na górze ciasno i jeden przez drugiego na szczyt chce się wspiąć. Taki nowicjusz z dołu tu łatwo mieć nie będzie, ale może go nie zauważą, może nie zepchną swoimi wzmocnionymi słońcem cielskami. I może On przeczeka aż oni sami się pozrzucają, a On jeden zostanie cichy i pokorny, by nie zdradzić się przed czasem, bo gdy czas przyjdzie, zabierze pokorę i zostawi siłę, a On ryknie, że go na wszystkich szczeblach usłyszą. Może nawet ten ryk strąci tych najbliższych, by nie zabrali mu promieni słońca, a ci na dole, niech zbyt wiele słońca nie widzą, bo raz posmakowawszy ciepła, ciężko żyć w chłodzie.
To nie marzenie, to Jego pragnienie i żądza, która go pcha i pcha wciąż wyżej i wyżej, bez końca, od stuleci i wieków, aż do celu, który nigdy się nie zmienia, bo On jest zawsze.
niedziela, 01 stycznia 2012
Z pustego i Salomon nie naleje...
"Lekarze, którzy będą zachowywali się niegodnie, którzy będą utrudniali pacjentom życie, będą podlegali konsekwencjom"- to wypowiedź premiera Donalda Tuska, którą wczoraj można było usłyszeć w telewizji, a której warto przyjrzeć się dokładniej.
Ponieważ mam znajomego, któremu zawsze szkoda starszych, pracujących osób, bo na niektórych stanowiskach młodych się nie uświadczy. Często są to stanowiska kiepsko opłacane i mało prestiżowe. Starsze panie, nieraz ledwo trzymając się na nogach, dorabiają do skromnej emerytury lub z niecierpliwością na nią czekają, choć może się okazać, że nawet jeśli ją dostaną, to z niej nie przeżyją. Otóż mój znajomy swoją postawą, wyczulił mnie szczególnie na to zjawisko. I w tym wypadku nie mam nawet myśli osób, które chodzą na plotki do lekarza i wyszukują chorób ani różnych elementów oszukujących państwo, ale grono tych starszych osób, które pokornie pracowały w życiu, a teraz pokornie znoszą zadawane im ciosy. W zacytowanych przeze mnie słowach premiera, może ktoś by chciał nawet dostrzec troskę o tych ludzi. Czemu nie? Różnie interpretujemy bodźce ze świata. Ale jego słowa to tylko przenoszenie winy na lekarzy.
I co to znaczy "lekarze, którzy będą zachowywali się niegodnie"? Szkoda, że pan premier nie stosuje takich słów w odniesieniu do polityków, bo wśród nich znalazłoby się mnóstwo, którzy "zachowują się niegodnie" i oni żadnym konsekwencjom nie podlegają.
I czy to lekarze mają utrudniać życie pacjentom? Czy może państwo utrudnia życie obywatelom? Z moich własnych doświadczeń, skłaniam się do tego drugiego. Prawo nie chroni uczciwych obywateli i uderza w najbiedniejszych, którzy na żadną pomoc socjalną nie mogą liczyć.
Demokracja jest dla ludzi mądrych, a społeczeństwo jest coraz bardziej zagubione w tym chaosie i nie potrafi znaleźć dobrej drogi. Z postępowania polityków w państwie demokratycznym konsekwencje może wyciągnąć tylko społeczeństwo, ale ono zdaje się być w potrzasku, bo od lat na scenie politycznej niewiele się zmienia (co najwyżej role poszczególnych aktorów), więc obywatele miotają się od ściany do ściany, od partii do partii, a najbliższy rok na pewno zmian nie przyniesie. Wybory niedawno były i teraz trzeba wypić piwo, jakiego się nawarzyło.
Wiadomo z pustego i Salomon nie naleje, ale oszczędności w państwie należałoby raczej poszukać w administracji publicznej, bo ta wymaga uzdrowienia.
piątek, 30 grudnia 2011
Czy dwujęzyczność to zagrożenie?
Dwujęzyczność- tak czy nie?
Pytanie, czy dwujęzyczność jest zagrożeniem w dobie globalizacji może budzić zdziwienie. Oczywistą rzeczą jest, że im więcej języków się zna na odpowiednim poziomie, tym lepiej. Okazuje się jednak, że niekoniecznie zawsze to wszyscy tak samo rozumieją. Swoją drogą to interesujące jak to samo zjawisko może być w różny sposób odbierane w zależności od okoliczności i warunków.
Z różnej perspektywy
Mieszkając w mieście jednojęzycznym i w zasadzie monokulturowym, problem wielojęzyczności i obaw przed negatywnymi wpływami języka niemal nie istnieje. Jest zawsze mnóstwo innych wciągających tematów i problemów. Wszystko się zmienia, gdy trafiamy do miasta wielokulturowego, a na ulicy słychać kilka języków. Polakom najlepiej jest znany przykład rodaków z Wilna, którzy protestują przeciw reformie szkolnictwa, ale ciekawym przykładem, choć mniej znanym jest Łotwa.
Język łotewski należy do grupy języków bałtyckich i dla Słowian nie jest językiem łatwym do przyswojenia. Tymczasem na Łotwie mieszka wielu Rosjan, częściowo to dawni żołnierze wojska radzieckiego, którzy republiki nie opuścili, ich dzieci lub inni przybysze z Rosji. Dawniej mogli spokojnie porozumiewać się w swoim języku i język łotewski nie był do niczego im potrzebny, tym bardziej, że nie był też miłe widziany przez ówczesne władze. Ci, którzy chcieli się nim posługiwać, byli uznawani za nacjonalistów. Po 1991 roku sytuacja na Łotwie się zmieniła, a nieznający języka łotewskiego szybko znaleźli się w dużo gorszej sytuacji, tym bardziej, że część obywateli tego kraju w ogóle nie dostała obywatelstwa kraju, w którym żyli. Społeczeństwo zostało podzielone nie tylko pod względem językowym (rosyjskojęzyczni i łotewskojęzyczni), ale i prawnym (obywatele i nieobywatele). W praktyce jednak chyba każdy Łotysz porozumie się po rosyjsku, zwłaszcza jeśli myśli o karierze w biznesie. Choć polityka językowa kraju jest zdecydowana, to jednak Rosjanie w tym kraju ciągle mają sporo do powiedzenia, tym bardziej, że Łotysze wprowadzając wymóg znajomości języka łotewskiego dla podejmujących pracę w administracji publicznej (co zresztą jest dość zrozumiałe) zepchnęli ludność rosyjskojęzyczną do branży biznesu, co zapewniło im również spore wpływy i w przyszłości może okazać się bardzo korzystne także w sferze politycznej.
Wracając jednak do Wilna i Polaków, to niektórzy z nich budzą moje zdziwienie, zdecydowanymi protestami przeciw nauczaniu języka litewskiego. Jest dla mnie niezrozumiałe, że obywatel kraju może nie być w pełni sprawny w języku urzędowym tego kraju. Dostrzegam wiele zalet w opanowaniu kilku języków oraz kodów kulturowych. Sama, wychowując się w Polsce, a języka i kultury litewskiej ucząc się z pasji i bez emocjonalnego podejścia do tej kultury, odkryłam ogromną przyjemność w jej poznawaniu. I wrogość wobec kultury litewskiej czasem budzi moje zdziwienie. Czy nauczanie języka polskiego oraz litewskiego w szkole, może stanowić wzajemne zagrożenie? Moim zdaniem, to zależy od postawy rodziców. Dzieci i tak na każdym kroku słyszą 3 języki i często nieświadomie mieszają różne słowa. Rozsądne podejście do tematu, mogłoby zapewnić płynność w porozumiewaniu się różnymi kodami.
Do czego warto dążyć?
Znajomość wielu języków to bezcenny dar, ale na każdy dar trzeba ciężko pracować i to wymaga rozsądku. W miejscowościach, gdzie można w środowisku naturalnym poznawać różne języki, okazuje się, że często ich poznawanie wiąże się z wieloma negatywnymi emocjami i to blokuje zdolność poznawczą. Dla osoby, pochodzącej z jednojęzycznego miasta takie wielojęzyczne środowisko to niesamowita wartość i dostrzegam wiele atutów tego zjawiska, choć oczywiście jak we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek.
|