RSS
wtorek, 21 lutego 2012
Wpis z kategorii nieliterackiej

Współczesna kultura polska na Litwie? Czemu nie! Odwiedzamy polskie szkoły na Wileńszczyźnie i pokazujemy, że literatura, a już zwłaszcza współczesna, wcale nie jest nudna. No i rzecz najważniejsza, że literaturą (lub z literaturą) można dobrze się bawić poprzez twórcze pisanie lub odgadywanie treści na podstawie wybranych cytatów. 

Pod koniec tygodnia są Targi Książki w Wilnie. Przyjeżdża Ignacy Karpowicz i Paweł Huelle, więc warto żeby młodzi Polacy na Litwie wiedzieli o nich coś więcej. Tym bardziej, że ich książki zostały przetłumaczone na język litewski. Pisarze z pewnością będą mogli się trochę pośmiać, gdy przeczytają swoje rysopisy, jakie tworzą uczniowie. A uczniowie, którzy przyjdą na warsztaty twórczego pisania z autorami będą mogli poznać tajniki twórczości.

07:41, litwin84
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lutego 2012
Przywilej bycia wolnym

Demokracja równa się wolność? Pozornie tak. Będąc w USA, bądź co bądź symbolu demokracji, przekonałam się, że wolności tam jest mało i wolność jednostki kończy się tam, gdzie sięgają oczy drugiego człowieka. Śledczym jest drugi człowiek. Mówi się, że Komunizm ograniczał wolność. I owszem. Robił to jawne, z naiwną szczerością zaglądał w kąty każdego człowieka, więc się człowiek zbuntował. Ale Demokracja już taka naiwna nie jest. Demokracja współpracuje z Kapitalizmem i z matczyno-ojcowską troską tłumaczy obywatelom, że są wolni, że mogą mówić, co chcą, pisać co chcą, chodzić, gdzie chcą i robić, co chcą. Sielanka jednym słowem.

I już nie wszyscy muszą brać udział w pracach społecznych na rzecz ogółu. Teraz jedni mogą żyć w barakach, pić (w niektórych państwach w ramach opieki socjalnej - patrz pieniądze podatników) i właściwie byczyć się. Nie ma jak wolność! Niektórzy nie muszą uczestniczyć w pracach społecznych, teraz to się nazywa wolontariatem. Wolontariusze w szkołach, wolontariusze w Afryce, wolontariusze w muzeach, na uczelniach, w sklepach. Młodzi, chętni, pełni zapału przodownicy pracy w służbie ogółowi ludzkości. Pięknie i szlachetnie!

Ośmiogodzinny czas pracy? Ależ tak. Proszę bardzo. Wszystko zgodnie z kodeksem, ale kryzys mamy, cięcia w pracy, trzeba się wykazać, pilnować krzesełka, bo już łakomym wzrokiem łypią inni. Ba, może nawet da się jakiegoś wolontariusza zwerbować. Wolontariat to przywilej, praca zarobkowa to wstyd. No i rodzina to przeszkoda, bo dzieci chorują, bo zwolnienia, bo spóźnienia, bo nie można w pracy zostawać. No i przecież imprezy służbowe. Ważna rzecz, najważniejsza.

Demokracja z Kapitalizmem pokonali Komunizm, ale trochę nauk od niego wzięli i lepią nowego człowieka - człowieka kapitalistycznego - bez uczuć, bez rodziny, bez korzeni, za pracą się przemieszczającego, dla pieniądza się poświęcającego, ogłupionego reklamą, konsumpcyjnego i bezmyślnego. Witaj nowy człowieku!

Wolność w zniewolonym świecie to przywilej.

13:34, litwin84
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Ile mądrości jest w zwyczajności

Same piątki w szkole, zawsze pierwsze miejsca, zwycięstwa w konkursach, pieniądze w portfelu, z dziesięć dyplomów i pustka w głowie. Staruszka bez zębów, z pogodnym spojrzeniem i milczącą zgodą na każdy kolejny dzień, a w sercu największa prawda o świecie i mądrość, która zastąpi wszystkie lata nieodbytych studiów.

Dzień za dniem, w pogoni za szczęściem i sławą. I coraz szybciej, bez tchu, do celu by dobiec lecz to nie cel, a fatamorgana. Oaza się zbliża i już nadzieja na słodki spoczynek, ale to nie oaza, to czyste złudzenie i biec znów trzeba i dalej, i szybciej. I już kierunek dawno zgubiony, i pragnienie wciąż pali i pali, coraz silniej i silniej, a wody wciąż brak, bo przecież kto jak nie Ja ten cel osiągnie. Więc gonić i gonić wciąż trzeba i trzeba, od mary do mary, od ziemi do nieba. Lecz nagle olśnienie, chwilowe, nic takiego, przecież to pustynia, ogromna, nieskończona, gdzie okiem nie sięgnąć piasek horyzont zalewa. Ale co za horyzontem? Tam musi być cel, więc znów się podrywa, znów biegnie i goni, i ... nic nie odkrywa.

A tu chałupka malutka i skromna, trzy grządki wokoło, pies radośnie szczeka. Tu nikt się nie spieszy, ba, nawet nikt nie zawita. Tam siedzi staruszka, nic się nie odzywa. Może smutna, nieszczęśliwa? W samotności ostatnie dni spędza? Spokój i ciszę, śpiew jej przerywa, śpiew dobry, radosny i pies przy niej siada, ogonem merdając, i ptaki wokoło wtórują jej śpiewem, kogut co jakiś czas pianiem przerywa. Noc się powoli do domu przybliża, słońce dobranoc mówi staruszce, więc ona spokojnie podnosi się z ławki i kroczek za kroczkiem, do domu się zbliża. I ptaki do snu się skłaniają, i pies. I cisza okrywa ciepłą pierzyną ten mały, samotny domek. A jutro? Jutro znów słońce zapuka do drzwi, kogut pobudkę oznajmi. I tak aż po dzień ostatni.

Dłonie gładziutkie, twarz wypolerowana, przebranie skrojone na miarę. Laleczka z zaprogramowaną melodyjką stoi na półce i nikt po nią nie sięga. Tam kukła, zrobiona przez babcię, oczy zrobione z guzików, wypchana szmatami - najlepsza zabawka z dzieciństwa.

11:08, litwin84
Link Dodaj komentarz »
Śladami Czesława Miłosza

Wpadło w moje ręce grube tomisko o Czesławie Miłoszu. Może bardziej na czasie byłoby czytać teraz o Wisławie Szymborskiej, ale przecież biografia Czesława Miłosza Andrzeja Franaszka to wciąż nowy nabytek na rynku księgarskim. Symbolicznie ta książka znalazła się w moich rękach nie gdzie indziej, a właśnie w Wilnie, gdzie przecież w życiu poety wszystko się właściwie zaczęło, a na pewno to miasto ukształtowało jego świadomość intelektualisty. I z tym większym namaszczeniem wzięłam książkę do ręki, bo przecież została napisana przez człowieka, związanego z Krakowem, związanym z chlubnym Wydziałem Polonistyki, który dane było mi poznać.

Pierwsze trzy strony przeczytałam na próbę i od razu poczułam, że przenoszę się w czasie, a obrazy i ludzie zaczynają żyć. I widzę matkę – Weronikę, i ich wędrówki za ojcem, i Szetejnie. Autor sprawnie wplata w tekst fragmenty poezji, zachęcając tym samym do analizy, do poszukiwań. Ile w tej poezji jest autobiograficznych wątków, a ile fikcji literackiej, którą posługiwać się nie powinno?

Jak dobrze rozumie się atmosferę Wilna Miłosza, będąc we współczesnym Wilnie. I choć Żydów już tu prawie nie ma, co na zawsze zamknęło piękną stronicę historii tego miasta, i choć ulice noszą już inne nazwy, a szkoła, którą ukończył Miłosz przeszła różne transformacje i dziś w wyniku połączenia z dwoma innymi szkołami, nosi imię Joachima Lelewela, to przecież wciąż chodzi się tymi samymi ulicami, a każde zdanie książki można na nowo odkrywać w miejscu, którego dotyczy. Żywa narracja wciąga w lekturę i sprawia, że strona za stroną idziemy za bohaterami, śledząc koleje losu Czesława Miłosza, jakże barwne koleje, których on sam przewidzieć nie mógł, mimo marzeń i snów. Może tylko jeden Oskar Miłosz coś przeczuwał.

Różne budził uczucia w różnych ludziach Czesław Miłosz. Jego biografia pomaga zrozumieć wybory, których dokonał i ten wielokulturowy świat, który go ukształtował na całe życie. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoją drogę, a Miłosz szedł za głosem własnego serca, którego nikt inny nie mógł słyszeć i rozumieć. Widać słuchał dobrze, bo doszedł tam, gdzie mu było przeznaczone. I spełnił marzenia z młodości.



09:12, litwin84
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 stycznia 2012
Droga na szczyt...

Drabina była długa, do szczytu daleko, ale ze szczytu można zajaśnieć niczym słońce, bo i do słońca niedaleko, a promienie zawsze najpierw ogrzeją tego na górze. Im niższy szczebel, tym chłodniej i cień coraz większy. Więc szedł po drabinie. Łatwo nie było. Niektóre szczeble wybrakowane, ścieżki przetarte, czasem ciasno, bo przecież takich jak on nie mało na świecie. Każdy by chciał poczuć trochę więcej ciepła, ale tych innych nie widać, bo szczyt daleko, a wszystkie spragnione oczy w ten jedyny cel skierowane. Tu przypadkiem jakiś spadnie, przez drugiego popchnięty, nogi, ręce połamie, zajęczy, ale to już na dole, więc nie słychać, nieważne. I już się dla Niego trochę miejsca zwalnia, już trochę luźniej, odetchnąć można spokojniej, z ulgą. Każdy krok przybliża do celu. Im mniej Innych po drodze, tym lepiej cel widać, nie zasłaniają.

Ale przecież tam górze też walka, też wszyscy się wspinają, czołgają, docierają i też czasem spadają. A jak z góry ktoś spada, to i tych z dołu w dół może pociągnąć, w bezdenną przepaść, choć w tej przepaści zawsze jakieś koła ratunkowe czekają, jakieś miękkie poduszki. Ale jak słońce się zobaczyło, to jak w cieniu żyć, jak cieniem być? Więc jak spadają ci z góry, to trzeba się trzymać. Trzeba się trzymać z całych sił swojego szczebla i nie puszczać, choćby nie wiem co. Jak lawina przejdzie, to luźniej będzie na górze, znów zwolnią się jakieś szczeble, znów będzie można się wspiąć i czekać, i iść.

Już coraz bliżej. Największa walka będzie tam, przy szczycie. Tylko najmocniejsi, najwytrwalsi tam dochodzą. Nie będzie łatwo, ale nie można się poddać. Tyle się przeszło. Tyle lęków przed upadkiem pokonało. I na górze ciasno i jeden przez drugiego na szczyt chce się wspiąć. Taki nowicjusz z dołu tu łatwo mieć nie będzie, ale może go nie zauważą, może nie zepchną swoimi wzmocnionymi słońcem cielskami. I może On przeczeka aż oni sami się pozrzucają, a On jeden zostanie cichy i pokorny, by nie zdradzić się przed czasem, bo gdy czas przyjdzie, zabierze pokorę i zostawi siłę, a On ryknie, że go na wszystkich szczeblach usłyszą. Może nawet ten ryk strąci tych najbliższych, by nie zabrali mu promieni słońca, a ci na dole, niech zbyt wiele słońca nie widzą, bo raz posmakowawszy ciepła, ciężko żyć w chłodzie.

To nie marzenie, to Jego pragnienie i żądza, która go pcha i pcha wciąż wyżej i wyżej, bez końca, od stuleci i wieków, aż do celu, który nigdy się nie zmienia, bo On jest zawsze.

09:34, litwin84
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 stycznia 2012
Z pustego i Salomon nie naleje...

"Lekarze, którzy będą zachowywali się niegodnie, którzy będą utrudniali pacjentom życie, będą podlegali konsekwencjom"- to wypowiedź premiera Donalda Tuska, którą wczoraj można było usłyszeć w telewizji, a której warto przyjrzeć się dokładniej.

Ponieważ mam znajomego, któremu zawsze szkoda starszych, pracujących osób, bo na niektórych stanowiskach młodych się nie uświadczy. Często są to stanowiska kiepsko opłacane i mało prestiżowe. Starsze panie, nieraz ledwo trzymając się na nogach, dorabiają do skromnej emerytury lub z niecierpliwością na nią czekają, choć może się okazać, że nawet jeśli ją dostaną, to z niej nie przeżyją. Otóż mój znajomy swoją postawą, wyczulił mnie szczególnie na to zjawisko. I w tym wypadku nie mam nawet myśli osób, które chodzą na plotki do lekarza i wyszukują chorób ani różnych elementów oszukujących państwo, ale grono tych starszych osób, które pokornie pracowały w życiu, a teraz pokornie znoszą zadawane im ciosy. W zacytowanych przeze mnie słowach premiera, może ktoś by chciał nawet dostrzec troskę o tych ludzi. Czemu nie? Różnie interpretujemy bodźce ze świata. Ale jego słowa to tylko przenoszenie winy na lekarzy.

I co to znaczy "lekarze, którzy będą zachowywali się niegodnie"? Szkoda, że pan premier nie stosuje takich słów w odniesieniu do polityków, bo wśród nich znalazłoby się mnóstwo, którzy "zachowują się niegodnie" i oni żadnym konsekwencjom nie podlegają.

I czy to lekarze mają utrudniać życie pacjentom? Czy może państwo utrudnia życie obywatelom? Z moich własnych doświadczeń, skłaniam się do tego drugiego. Prawo nie chroni uczciwych obywateli i uderza w najbiedniejszych, którzy na żadną pomoc socjalną nie mogą liczyć.

Demokracja jest dla ludzi mądrych, a społeczeństwo jest coraz bardziej zagubione w tym chaosie i nie potrafi znaleźć dobrej drogi. Z postępowania polityków w państwie demokratycznym konsekwencje może wyciągnąć tylko społeczeństwo, ale ono zdaje się być w potrzasku, bo od lat na scenie politycznej niewiele się zmienia (co najwyżej role poszczególnych aktorów), więc obywatele miotają się od ściany do ściany, od partii do partii, a najbliższy rok na pewno zmian nie przyniesie. Wybory niedawno były i teraz trzeba wypić piwo, jakiego się nawarzyło.

Wiadomo z pustego i Salomon nie naleje, ale oszczędności w państwie należałoby raczej poszukać w administracji publicznej, bo ta wymaga uzdrowienia.

10:45, litwin84
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2011
Czy dwujęzyczność to zagrożenie?

Dwujęzyczność- tak czy nie?

Pytanie, czy dwujęzyczność jest zagrożeniem w dobie globalizacji może budzić zdziwienie. Oczywistą rzeczą jest, że im więcej języków się zna na odpowiednim poziomie, tym lepiej. Okazuje się jednak, że niekoniecznie zawsze to wszyscy tak samo rozumieją. Swoją drogą to interesujące jak to samo zjawisko może być w różny sposób odbierane w zależności od okoliczności i warunków.

Z różnej perspektywy

Mieszkając w mieście jednojęzycznym i w zasadzie monokulturowym, problem wielojęzyczności i obaw przed negatywnymi wpływami języka niemal nie istnieje. Jest zawsze mnóstwo innych wciągających tematów i problemów. Wszystko się zmienia, gdy trafiamy do miasta wielokulturowego, a na ulicy słychać kilka języków. Polakom najlepiej jest znany przykład rodaków z Wilna, którzy protestują przeciw reformie szkolnictwa, ale ciekawym przykładem, choć mniej znanym jest Łotwa.

Język łotewski należy do grupy języków bałtyckich i dla Słowian nie jest językiem łatwym do przyswojenia. Tymczasem na Łotwie mieszka wielu Rosjan, częściowo to dawni żołnierze wojska radzieckiego, którzy republiki nie opuścili, ich dzieci lub inni przybysze z Rosji. Dawniej mogli spokojnie porozumiewać się w swoim języku i język łotewski nie był do niczego im potrzebny, tym bardziej, że nie był też miłe widziany przez ówczesne władze. Ci, którzy chcieli się nim posługiwać, byli uznawani za nacjonalistów. Po 1991 roku sytuacja na Łotwie się zmieniła, a nieznający języka łotewskiego szybko znaleźli się w dużo gorszej sytuacji, tym bardziej, że część obywateli tego kraju w ogóle nie dostała obywatelstwa kraju, w którym żyli. Społeczeństwo zostało podzielone nie tylko pod względem językowym (rosyjskojęzyczni i łotewskojęzyczni), ale i prawnym (obywatele i nieobywatele). W praktyce jednak chyba każdy Łotysz porozumie się po rosyjsku, zwłaszcza jeśli myśli o karierze w biznesie. Choć polityka językowa kraju jest zdecydowana, to jednak Rosjanie w tym kraju ciągle mają sporo do powiedzenia, tym bardziej, że Łotysze wprowadzając wymóg znajomości języka łotewskiego dla podejmujących pracę w administracji publicznej (co zresztą jest dość zrozumiałe) zepchnęli ludność rosyjskojęzyczną do branży biznesu, co zapewniło im również spore wpływy i w przyszłości może okazać się bardzo korzystne także w sferze politycznej.

Wracając jednak do Wilna i Polaków, to niektórzy z nich budzą moje zdziwienie, zdecydowanymi protestami przeciw nauczaniu języka litewskiego. Jest dla mnie niezrozumiałe, że obywatel kraju może nie być w pełni sprawny w języku urzędowym tego kraju. Dostrzegam wiele zalet w opanowaniu kilku języków oraz kodów kulturowych. Sama, wychowując się w Polsce, a języka i kultury litewskiej ucząc się z pasji i bez emocjonalnego podejścia  do tej kultury, odkryłam ogromną przyjemność w jej poznawaniu. I wrogość wobec kultury litewskiej czasem budzi moje zdziwienie. Czy nauczanie języka polskiego oraz litewskiego w szkole, może stanowić wzajemne zagrożenie? Moim zdaniem, to zależy od postawy rodziców. Dzieci i tak na każdym kroku słyszą 3 języki i często nieświadomie mieszają różne słowa. Rozsądne podejście do tematu, mogłoby zapewnić płynność w porozumiewaniu się różnymi kodami.

Do czego warto dążyć?

Znajomość wielu języków to bezcenny dar, ale na każdy dar trzeba ciężko pracować i to wymaga rozsądku. W miejscowościach, gdzie można w środowisku naturalnym poznawać różne języki, okazuje się, że często ich poznawanie wiąże się z wieloma negatywnymi emocjami i to blokuje zdolność poznawczą. Dla osoby, pochodzącej z jednojęzycznego miasta takie wielojęzyczne środowisko to niesamowita wartość i dostrzegam wiele atutów tego zjawiska, choć oczywiście jak we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek.

12:11, litwin84
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2011
Zachwyt nad "Zawodowcami"

Choć się bardzo chce dorosnąć i właściwie tak na pierwszy rzut oka tym dorosłym się jest, to przecież na całe życie gdzieś pozostają te dziecięce instynkty, które każą chwytać po zabawki albo zamieniać samochodziki na najprawdziwsze samochody. A czasem zmuszają, by zamiast czytać poważną, dorosłą literaturę chwyta się po książki za dzieci, a że dzieci teraz są dość mądre, to i ta literatura dziecięca byle czym ich nie zadowoli. I choć kolorowa oprawa i barwne ilustracja kuszą oko, to i treść musi iść z nimi w parze.

Ostatnio moje oko zostało skuszone okładką książki Pawła Beręsewicza "Zawodowcy", zupełnie nie tak dawno wydaną. Po książkę sięgnęłam, bo już wcześniej dobrą recenzję przeczytałam i po osobistej lekturze zdanie to podtrzymuję. Wszyscy pamiętamy Piotrusia Pana, który nie chciał dorosnąć, a po lekturze "Zawodowców" każde dziecko powinno kilka razy się nad tym poważnie zastanowić. Zawodów w końcu jest wiele, każdy ciekawy i czymś kusi- zarobki, prestiż, pasje, przygody, itd, itd. Wszystko byłoby w porządku, gdyby człowieka spotykały same przyjemności, żadnych niemiłych sytuacji, a tu jak na złość, Paweł Beręsewicz w krzywym zwierciadle ukazał różne zawody.

Ani Lekarka, ani Sędzia, ani Nauczycielka czy Przewodniczka nie ustrzegą się niebanalnych historii, które czasem mogą się skończyć poważnie. Oczywiście w tym wszystkim nie brakuje humoru, bo czytając książkę uśmiech nie schodzi z twarzy. I gdy w ręce pseudo-dorosłego lektura wpadnie, to z większym wyrozumieniem spojrzy na każdą pracującą na świecie mrówkę. W końcu sprawy zawodowe to poważna rzecz.

A jak reagują dzieci w szkole na taką lekturę? Pisarz zaleca, aby się poważnie zastanowiły, czy na pewno chcą dorosnąć zanim wybiorą jakiś zawód, wszak w żadnym nie brakuje niespodzianek. Dzieciom najwyraźniej jednak książka się podoba, bo potrafią słuchać głośnego czytania z otwartymi ze zdziwienia ustami. Wcale nie hałasują, nie rozrabiają, tylko zwyczajnie słuchają, przenosząc się na salę rozpraw, do przychodni, czy podnosząc Pałac Kultury wraz ze Strongmanem. Strongman Stefan zresztą jest ulubieńcem i nawet po kilku lekcjach dzieci nie zapominają jego zmagań.

Dzieci mają jeszcze czas, żeby się zastanowić nad swą dorosłością, ale jeśli już się wybrało swoją ścieżkę życiową, to pozostaje tylko z humorem Pawła Beręsewicza, podejść do tych wszystkich zawodowych psikusów:)

08:36, litwin84
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2011
Oko w oko z Nikodemem Dyzmą

Film o Nikodemie Dyzmie wszyscy znają. Film zresztą był dość zabawny z tą całą swoją ironią. A że sztuka od rzeczywistości nie jest oderwana, to i sami czasem możemy zagrać jedną z głównych ról w naszym codziennym życiu i wtedy już tak zabawnie nie jest. Jest gorzko.

Pewnie większość szukających pracy, zna przyczyny odmowy przyjęcia w stylu: zamiast 10 języków obcych zna tylko 2, zamiast 50 dyplomów studiów podyplomowych ma tylko 3 kierunki, itd, itd. No cóż, pozostaje kasa w supermarkecie, gorycz lub cogitowska "postawa wyprostowana" w tym całym rozgardiaszu.

A Nikodem Dyzma wcale nie słyszy, że nie umie, że mu czegoś brakuje. Nikodem Dyzma zgodnie z zasadą "Pokorne ciele wiele matek ssie" silnym podchlebia, słabych poucza zasłyszanymi frazesami, które nie do końca są dla niego zrozumiałe. Ale to nic - nie trzeba rozumieć, ważne to zarabiać pieniądze i rozmawiać z odpowiednimi osobami. Nikodemowi Dyzmie nie są potrzebne szczególne uprawnienia, by wykonywać różne prace, nawet nie bardzo musi się do nich przykładać - miły uśmiech i cukierki na osłodzenie życia, wystarczą, by się przypochlebić.

No cóż, ale Nikodem Dyzma to osoba, która nie ma skrupułów. Ceni dopóki warto cenić, zapomina, gdy nie warto pamiętać (no może poza paroma bliskimi osobami). To także człowiek, dla którego kobiety są gatunkiem niższego rzędu i niczego mądrego nie można się po nich spodziewać. Owszem, czasem zdarza się im coś więcej wiedzieć, ale wszystko zamyka się w jednej myśli - użyteczność seksualna. A ponieważ jest idealnym dzieckiem społeczeństwa patriarchalnego, to jedynie matka ma jakąś wartość, choć też oczywiście to musi się mieścić w ramach takiego społeczeństwa.

I zapewne nie mało wśród nas takich postaci, a my stając oko w oko z Nikodemami Dyzmami, te oczy zamykamy i nie widzimy jak bardzo przykładamy rękę do podtrzymywania tej patologii społecznej. No cóż, bat, który sobie kręcimy, w końcu spadnie na nasze plecy. Czyżby więc społeczeństwo masochistów?

09:21, litwin84
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 grudnia 2011
"O potędze literatury..."

Co ma wspólnego Brandys z Tokarczuk?

W dobie telewizji mówi się czasem o kryzysie czytelnictwa, ale jak się już dobrą książkę do rąk weźmie, to wrażenia mogą być niezapomniane. Marian Brandys pisał już o potędze literatury, a ściślej mówiąc "Trylogii" Henryka Sienkiewicza, nad którą łzy wzruszenia wylewała ciotka Gabrysia. Gdyby literatura tylko wzruszała, wszystko byłoby w porządku, ale literatura potrafi oburzać, a nawet rozpętać potężną burzę. U Brandysa mamy tylko romantyczną anegdotę, ale i rzeczywistość nie skąpi dowodów, że czytanie może dotknąć, a przekonali się o tym uczniowie jednej z wileńskich szkół, którzy sięgnęli po "Prawiek i inne czasy" Olgi Tokarczuk.

O odbiorze literatury...

Już dawno zostało dowiedzione, że czytając tą samą książkę za każdym razem odbieramy ją inaczej, a różni ludzie różne rzeczy dostrzegają w jednym utworze. Nic dziwnego, wszak tak też postrzegamy świat. Książka "Prawiek i inne czasy", bądź co bądź, lektura szkolna i utwór bogaty w treść i niekoniecznie łatwy w odbiorze bez odpowiedniego przygotowania, skoncentrowała na sobie uwagę nie tylko uczniów, ale i rodziców głównie kilkoma epizodami. Chodzi mianowicie o scenę gwałtu oraz seksu z kozą.

Uczniom najwyraźniej odważne ukazanie tych kwestii w książce, bardzo się spodobało, bo chodzą z książką po szkole i czytają fragmenty z kolegami. Nie umknęło to uwadze rodziców (bardzo dobrze, że czujnym na poczynania pociech) i ci już niekoniecznie są tym zachwyceni. Oczywiście i nauczyciele, i dyrekcja znaleźli się w niezręcznej sytuacji i próbują bronić lektury. Słusznie, czy nie?

Tokarczuk- tak czy nie?

Książka niewątpliwie skłania do refleksji nad życiem każdego z nas, kolejami losu, rolą historii w życiu zwykłego człowieka, zajętego codziennymi troskami. Ta książka to idealna okazja dla rodziców i nauczycieli poruszania z młodymi ludźmi tematów, z którymi ciężko czasem sobie wszystkim poradzić. Ta lektura jest prawdziwa sama w sobie, bo nic się tam nie pojawia, czego nie można spotkać w życiu, choć czasem zamyka się oczy i nie widzi, bo tak jest o wiele prościej. Czy oburzenie rodziców wynika z chęci chronienia dzieci przed poznaniem zwykłej rzeczywistości, czy jest efektem niechęci wobec trudnej rozmowy z dzieckiem?

W momencie, gdy największą wartością dla wielu ludzi jest pieniądz, a rodzice zaganiają za nim, by zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość, może zamiast oburzać się na książkę Tokarczuk, po prostu lepiej siąść i o niej mądrze porozmawiać z ludźmi, którzy wkraczają w dorosłe życie, a wiedzę o nim czerpią od kolegów i z Internetu. Książka skłania do refleksji, Internet i telewizja nie. Agresywna postawa niektórych rodziców może tylko nauczyć hipokryzji ich dzieci, a to czasem zwraca się również przeciw rodzicom. Roztropna rozmowa może być inwestycją w całe dorosłe życie młodego pokolenia.

Jak widać od czasów Brandysa nic a nic się nie zmieniliśmy, nadal literatura wywołuje w nas emocje:)

22:10, litwin84
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7